Dzień przemija za dniem i tak bez końca. Rano albo źle się czułem lub też jajka sadzone mi się przejadły. Osobiście mam nadzieję, że to pierwsza opcja chodzi w grę, jednak podświadomie czuję, iż to jednak jajka mi się przejadły. It’s truly the day when music dies.
Spoglądając dzisiaj w lustro, przejechałem dłonią po tygodniowym zaroście, który pokrywa moją wykrzywioną paskudnym grymasem gębę, stwierdziłem, że pora się ogolić. Jak zwykle zostaje kozia bródka i wąsy. Chociaż większość osób wmawia mi, że bez wąsów wyglądam lepiej, to dzięki bezsensownemu przeszukiwaniu internetu upewniłem się o tym, że warto nosić wąsy z dumą i nie będę ich golił. Oto powód ===>[Powód]<===

W przeciągu kilku ostatnich tygodni, przebrnąłem przez kilka kolejnych seriali. Najbardziej uderzył mnie kontekst pomiędzy „Przygody Merlina”, a „Camelot”. Ten pierwszy jest typowo familijny i należy do typu seriali, które obejrzę dla zabicia czasu, ale nie polecam nikomu. Drugi serial natomiast jest świetny i dużo bardziej poważny. Oczywiście ten pierwszy dorobił się już czterech sezonów i piąty jest zaplanowany na wrzesień tego roku, podczas gdy drugi dorobił się jednego sezonu i obecnie nie ma w planach kręcenia drugiego. No do ciężkiej kurwy, co się dzieje z tymi popieprzonymi ludźmi, że wolą odmóżdżać się przy czymś co nie ma za grosz wspólnego z dobrą rozrywką i gwarantuje tylko durne oraz przewidywalne gagi, a gdy zaserwować im coś poważnego, przygotowanego staranniej i z porządnym scenariuszem, to okazuje się, że wolą komediową tandetę? O kinie nawet nie wspomnę, bo warte uwagi filmy były kręcone jeden po drugim do końca lat 90′, a od nowego milenium wychodzi głównie jakaś szmira. Nostradamus jednak miał rację, świat się skończył. Przynajmniej świat kinematografii. Obecnie zaczynam oglądać wszędzie zachwalany serial „Gra o Tron” i mam nadzieję, że będzie on reprezentował przynajmniej taki poziom jak „Camelot”.

Podczas gdy ja zwijałem się w męczarniach z powodu grypy żołądkowej, Poltergeist dostarczył mi wreszcie książkę, na którą czekałem od połowy grudnia. Na chwilę obecną zapoznałem się z 1/3 treści książki „Lalka” i muszę przyznać, że jest całkiem ciekawa. Główna bohaterka książki to robot Lisa, która jest seryjnie produkowaną, ekskluzywną lalką kosztującą milion dolarów. Jest zaprojektowana po to aby zapewniać swojemu właścicielowi rozrywkę, przede wszystkim seksualną. Jednak gdy pewnego dnia uderzył w nią piorun kulisty i w Lisie narodziła się samoświadomość. Wciąż jest sterowana przez program, który nią kieruje, ale wewnątrz niej budzi się potrzeba czegoś więcej… ma cel – chce być wolna. Zdecydowanie polecam tę lekturę na długie zimowe wieczory.

Ciągle rozważam napisanie nowego opowiadania, jednak mam z tym kilka problemów. Po pierwsze, nie mogę zdecydować się na to czy pisać w tematyce poważnej czy też komediowej. Gdy już zdecyduję się wreszcie na styl następnego opowiadania, będę musiał zastanowić się nad jedną, zajebiście ważną kwestią. O czym ono właściwie ma być? Ostatnio w sumie chodzi za mną tematyka pieprzniętych morderców, więc najpewniej nowe opowiadanie będzie poważne i krwawe… kiedyś mój przyszły psychiatra przeczyta to co wyszło z pod mojej ręki i bez wahania klepnie mi przepustkę do wariatkowa, gdzie już czeka na mnie wygodny kaftan, któremu krawiec doprawił nieco zbyt długie rękawy, a także luksusowy pokój z jednym tylko drobnym mankamentem. Ktoś zapomniał o zamontowaniu w nim klamek z obu stron drzwi.

Powiedzieć, że ostatnimi czasy marnotrawię swój czas, to zdecydowanie zbyt delikatne słowa. Opierdalam się tak bardzo, że zaczyna samego mnie to wkurwiać. Muszę rozejrzeć się za jakąś normalną robotą, żeby nadać swojemu dniu jakiś normalny rytm. W sumie przydałoby się najpierw wyrobić od nowa dowód, bo już ponad dwa lata ganiam z książeczką wojskową jako dokumentem tożsamości. Muszę też znów zacząć ćwiczyć, bo grypa żołądkowa odebrała mi wszelkie siły oraz chęci do fizycznego wysiłku, a nie mogę znów rozleniwić się do tego stopnia…

Na sam koniec chciałbym coś przekazać wszystkim ludziom, którzy mieszkają w Warszawie – nie ważne czy się tutaj urodzili, czy też przyjechali z innego miasta/wsi. Gotowi? Proszę bardzo ==>[Przekaz]<==

Zadowoleni robaczki?
No to do miłego!


No dobra robaczki, męczycie mnie z kilku frontów jednocześnie, to dam wam tę noworoczną notkę.
Sylwester był niezwykle interesujący, ale zabroniono mi pisać o tym co się działo po północy… jednakowoż przed północą też było dość intensywnie i to opiszę…

Sylwestra spędziłem u Esta, wraz z Marleną, Veronim oraz Karoliną i cóż… było ciekawie. Poza faktem, że w tym roku 4,5 piwa oraz butelka szampana nie wystarczyły abym się nawet lekko wciął… chyba muszę pijać na głodniaka żeby coś poczuć…
Sylwester w skrócie od 20 do 24:
Zabawy, tańce, dziewczyny się całują <yay!>, Est i Vero się całują <nay!>, cycki!
W sumie był jeszcze jeden event przed północą, ale o nim chyba jednak nie napiszę, tak aby nikt pretensji do mnie nie miał. Gdzieś pomiędzy całowaniem się dziewczyn, a cyckami Marlena stwierdziła, że nadaję się na reżysera filmów porno… już sobie wyobrażam te niskobudżetowe produkcje.
W każdym bądź razie jestem wdzięczny wyżej wymienionej ekipie za wybawienie mnie od groźby spędzenia sylwestra samotnie przed ekranem komputera. Zresztą sylwester sylwestrem, ale jaki to był sylwester!
Rano najbardziej mnie rozbawił Est, a dokładniej to jak z wietrzejących oparów alkoholu oraz mroków jego pamięci, powoli wyłaniały się obrazy tego co działo się w nocy…

Dzisiaj od rana siadła mi hydraulika w organizmie. Po przebudzeniu nie wiedziałem czy bardziej chce mi się jeść, jest mi niedobrze czy goni mnie do kibla… w taki wesoły sposób minęła mi większość dnia. Na chwilę obecną jest już względny spokój, chociaż nadal czuję podejrzane bulgoty w jelitach… „Bębny! Bębny w głębinach!”

Co się działo przed nowym rokiem? Cóż… moja rodzicielka zorganizowała dwa spore obiady z gośćmi… pierwszy rodzinny, a drugi z ludźmi zza granicy, których pierwszy raz na oczy widziałem. Z powodu owych obiadków to gdy matula wczoraj zapytała się mnie, czy rano będę się ważył, odparłem „Taaa? Po tych obiadkach i sylwestrowym wpieprzaniu chipsów? Nie mam po co stawać na tej wadze, bo jeżeli nawet drgnęła, to nie w tę stronę co trzeba.” Po dzisiejszym dniu muszę jednak powiedzieć, że jeszcze z tydzień takiego czyszczenia jak dziś i zapomnę co to jest nadwaga…

Tak na marginesie, to ostatnio znowu zacząłem katować gierki typu Vallheru (tak wiem, głupi ja) i obecnie padło na Clearis. Nowa, dopiero rozwijająca się gra, która potrzebuje nowych graczy, tak więc jeżeli ktoś jest zainteresowany to zapraszam do gry.

No dobra, bedzie tego, bo mi się jeszcze rozbestwicie.
Do usłyszenia robaczki.

2011 in review

Posted: 01/01/2012 in Dziennik

The WordPress.com stats helper monkeys prepared a 2011 annual report for this blog.

Here’s an excerpt:

A San Francisco cable car holds 60 people. This blog was viewed about 2 200 times in 2011. If it were a cable car, it would take about 37 trips to carry that many people.

Click here to see the complete report.

Nocny wypad na miasto

Posted: 24/12/2011 in Dziennik

W tym roku wydarzyło się coś wyjątkowego i magicznego. Coś, co czego nie mogę powiedzieć o żadnej innej z minionych wigilii. Otóż w tym roku, nie dopadła mnie świąteczna depresja. Wygląda na to, że święta wreszcie mi zobojętniały i mogę je traktować jak każdy inny dzień w roku…

Dalej trzymam się swoich postanowień, jednak po konsultacji z kilkoma osobami, przeszedłem na dietę polegającą na pięciu małych, regularnych posiłkach. Ciekaw jestem czy to w połączeniu z ćwiczeniami da jakieś efekty. Jeżeli nie, to za tydzień wrócę do głodówki…

Czy znacie to uczucie, kiedy planujecie obijać się przez cały wieczór i nawet nie myśleć o robieniu czegoś konstruktywnego? Gdyby wczoraj po dwudziestej powiedziałby mi, że pojadę do śródmieścia i wrócę do domu w środku nocy, to bym go wyśmiał. Jednakże po dwudziestej drugiej zadzwoniła do mnie Anka i zapytała się czy nie podjechałbym do centrum żeby się z nią napić. Przez następne dwa uderzenia serca w mojej głowie wybuchła burzliwa dyskusja na co najmniej sto dwadzieścia głosów, z których każdy reprezentował inny fragment mnie samego. Nie wiem co dokładnie tam się stało, ale jeden z owych kawałków chwycił za CKM i rozstrzelał wszystkie pozostałe dookoła. Jak łatwo się domyśleć, ten kawałek był odpowiedzialny za odpowiedź brzmiącą mniej więcej tak „Pewnie, nic nie robię więc nie ma problemu.”
Przed dwudziestą trzecią wylądowałem w centrum i wyciągnąłem Ankę z KFC, gdzie właśnie pożerała złożonego jej w ofierze kurczaka. Następne dwadzieścia minut szukaliśmy jakiegoś miejsca gdzie można by się napić piwa. Ostatecznie wylądowaliśmy w JEDYNYM otwartym w okolicy pubie [którego nazwa jakoś mi umknęła] gdzie mieli koszmarnie drogie piwo, bo po 9 zł… jednakże gdy brało się piwo + popcorn to zestaw ten kosztował 8 zł… Z pozoru brak w tym logiki, ale gdy spróbowałem tego cholernie słonego popcornu to od razu łatwo było się domyślić, że to nic innego jak pobudzacz prędkości konsumpcji piwa.

Gadaliśmy o różnych sprawach. Ważniejszych i tych błahych, jak to przy piwie. Nie wiedzieć kiedy, okazało się, że dochodzi druga w nocy i czas się zwijać do domów. Na centralnym pożegnałem się z Anią, wsadziłem ją w autobus i poszedłem na swój przystanek. Stare poczciwe N32 nie zawiodło mnie… przyjechało 4 minuty przed tym jak zjawiłem się na przystanku…. Przez następne pół godziny stania na deszczu, obserwacji i słuchania tego co działo się na przystanku, w mej głowie powstała piosenka pod melodię Jingle Bells.

Pada deszcz, Pada deszcz,
Kłócą się bezdomni.
Dres się rzucał,
Dostał w łeb,
Leży pod schodami.

I wreszcie na horyzoncie pojawiła się moja przerdzewiała, skrzypiąca i obłażąca z łuszczącego się lakieru, limuzyna. Wsiadam, kasuję bilet i siadam z przodu zaraz obok kierowcy. Słucham pijanych dresów i meneli, którzy siedzą na tyle autobusu, wymieniam z Anką ostatniego smsa, wkładam ręce do kieszeni i przeklinam w duchu.
Autobus dotacza się na Novotel i wysiadam z niego pospiesznie. Zostawiam skwaśniały zapach piwa wymieszany ze słodkawym smrodem zatęchłego potu i łapię kilka głębszych haustów świeżego powietrza. Jest gęsta mgła, z nieba siąpi deszcz, a dookoła mnie cisza. Wystukując butami rytm zmęczenia, idę w stronę domu, a moje myśli są daleko od ciała. Błądzą po sferach, których nie powinny dotykać, a mimo to raz za razem zapuszczają się tam, gdzie moje własne przemyślenia, uderzają mnie zaciśniętą pięścią prosto w twarz.
Dochodzę do domu, patrzę na zegarek. Pięć po trzeciej, mogło być gorzej. Rozbieram się pospiesznie, wieszam mokry kożuch i czapkę, resztę ubrania rzucam niedbale w kąt. Nie mam sił ani natchnienia teraz się nimi zajmować. Padam na łóżko, nakrywam się kołdrą i zamykam oczy. Po chwili przychodzi do mnie kot, wpuszczam go więc pod kołdrę, pozwalam mu się we mnie wtulić i wreszcie powoli zasypiam.

Całe życie usiane jest dniami, spotkaniami oraz myślami, które są słodko-gorzkie. Ludzie potrafią się uzależnić od specyficznego rodzaju smutku. Smutku wymieszanego z odrobiną szczęścia i szczyptą nadziei. Znacie to uczucie? Nienawidzę gdy spędzam sam za dużo czasu i nic wtedy nie robię, bo to właśnie wtedy nachodzą mnie myśli. Czy żałuję wczorajszego wyjścia? O nie, zdecydowanie nie, bardzo się z niego cieszę. Jednak w drodze powrotnej musiałem spędzić blisko godzinę ze swoimi własnymi myślami, którym nie raz starcza pięć minut by mnie torturować. Naprawdę żałowałem, że nie zabrałem swojego odtwarzacza MP3. Muzyka pozwala nie myśleć.

Zmieniając temat. Wiecie co mnie bawi? Tylko jednego sylwestra w całym moim życiu, spędziłem na imprezie. Zawsze gdy znajomi organizują jakąś parapetówkę czy domówkę, to dostaje telefon żebym wpadał jak nie mam nic do roboty. Z kolei zawsze w okolicach sylwestra jest cisza jak makiem zasiał. Czy oni wszyscy uważają, że ja po prostu już na pewno mam plany na sylwestra, czy też może nie jestem tym co ludzie chcą oglądać tuż po rozpoczęciu nowego roku? Blah. Przywykłem do samotnego spędzania sylwestra, chociaż wciąż mnie to irytuje, gdy wychodzę przed północą na miasto i widzę zwarte grupki, trzymających się razem znajomych. Zastanawiam się wtedy gdzie są wszyscy moi znajomi. Jak się bawią, w czyim towarzystwie i tak dalej…. Nie wiem czy złapię znów depresję w samego sylwestra tuż po północy, ale jeżeli nie, to uznam to za swego rodzaju sukces i rok 2011 znany odtąd będzie jako ten, w którym Shag nie miał spieprzonego humoru od wigilii aż do nowego roku. Żeby tak jeszcze nie dostać depresji w walentynki, to już w ogóle byłoby doskonale…

Na razie to tyle.
Następny wpis nastąpi po poniedziałkowej inwazji na mój dom…

O wszystkim i o niczym

Posted: 17/12/2011 in Dziennik

Wpis ten pozwolę sobie rozpocząć od sprostowania, o które bardzo mnie męczył Kuk. Ponieważ chciał zaoszczędzić nieco gotówki, zrobił z mojego konta replikatora zakupy za ponad 160 zł więc uznał, że ma ok 1/3 udziałów we wszystkich ptk, które mi przyznano, a zatem i w książce. Chciałeś sprostowanie, masz sprostowanie, ale książkę to najwyżej zobaczysz jak sam ją czytam.

Pragnę stwierdzić, że dieta i alkohol nie idą w parze, aczkolwiek czynią mnie bardziej ekonomicznym. Normalnie aby poczuć, że cokolwiek wypiłem, muszę wypić ok czterech piw. Wczoraj po dwóch piwach czułem się tak jakbym czuł się normalnie po wypiciu pięciu. Ostatni raz wciąłem się dwoma piwami gdy miałem 16 lat… eh, znów młodym być…

W ostatnich miesiącach, z nudów zacząłem oglądać różne seriale online. Oglądam wszystkie odcinki jednego, aż nie jestem na bieżąco i biorę się za kolejny… muszę chyba sobie spisać jakąś listę, bo już się gubię w ich ilości i tytułach, a ponieważ dzisiaj znowu mi się nudzi, najpewniej za chwilę rozpocznę szukanie kolejnego serialu.

Wracając do tematu piwa, a dokładniej dnia wczorajszego. Z Jankiem nie widziałem się odkąd rzuciłem palenie czyli jutro minęłoby siedem tygodni. Stwierdziłem, że tak nie może być, bo jeszcze do niedawna piliśmy twardo co tydzień, a teraz posucha. Bez większych problemów udało mi się sprosić go do pubu „U Wojtka” (zauważyłem, że zwrot „Ja stawiam” działa na ludzi w magiczny sposób…). Zasiedliśmy, zaczęliśmy pić i gadać o różnych pierdołach… po dwóch piwach zrobiło mi się wesoło i już myślałem, że szybciej spasuję niż on, a jednak z pomocą przyszło mi to, że wciąż był zjebany po robocie… jego te dwa piwa klepnęły mocniej niż mnie. Zdecydowanie mocniej.
Rozstaliśmy się dobrych humorach i każdy powrócił do domostwa swego. Tutaj zaczął mnie irytować kolejny fakt połączenia diety z alkoholem… zazwyczaj trzeźwieję bardzo szybko, a tutaj dupa. Dotarłem do domu dalej lekko wstawiony i szlag mnie trafiał gdy pisałem ze znajomymi na GG i literki mi się nieznacznie rozmazywały i bawiły mnie różne durne rzeczy (tak, nawet w chwili rozbawienia byłem już zirytowany, że coś takiego mnie rozśmieszyło).

Tak więc rzuciłem palenie, niemalże rzuciłem jedzenie i chyba do końca diety porzucę również alkohol. Zaczynam się zastanawiać jakie przyjemności w życiu mi zostają poza komputerem z podłączeniem do internetu.
Lubiłem palić ale rzuciłem, bo tak należało.
Lubię jeść ale przeszedłem na dietę, bo tak trzeba było.
Lubię pić ze znajomymi ale nie lubię się upijać więc i to porzucam…
Najgorsze jest to, że jak człowiek jest głodny to się łatwo irytuje. Na chwilę obecną irytuje mnie wszystko i będzie mnie irytować przez jeszcze co najmniej 10-20 kg…

Lubię jesień, wszyscy zawsze łapią podczas niej depresję, a ja z kolei mam podczas tej pory roku doskonały humor. Niestety, niedługo moja jesienna pogodność ustąpi miejsca świątecznej depresji. Nienawidzę świąt. Czuję się jak zgorzkniały Grinch i zawsze łapię depresję w okolicach wigilii… Natomiast gdy słyszę „Last Christmas” to ogarnia mnie taki przeogromny wkurw, że mam ochotę rozwalić odbiornik, który wypluwa z siebie dźwięk po dźwięku tę znienawidzoną przeze mnie piosenkę. To jeden z powodów, dla których w Grudniu nie słucham radia i nie włączam telewizora.

W tym roku po raz kolejny nie mam żadnych planów na sylwestra więc pewnie przebiegnie on tak jak zazwyczaj dla mnie to wygląda. Trochę przed północą wyjdę z domu, pooglądam fajerwerki, pospaceruję kilka minut wzdłuż ulicy i wrócę do domu.

Last Chrismas I gave u my heart,
But the very next day, you shove it through my ass…

Garść Spraw

Posted: 15/12/2011 in Dziennik

Gdy pisze się notkę, która ma oddać to co działo się podczas tak długiego okresu czasu, oczywistym jest, że zapomni się o przynajmniej kilku rzeczach. Zanim jednak przejdę do głównej treści notki, chciałbym komuś podziękować. Veroni podjął jedyną słuszną decyzję i subskrybował mojego bloga. Mam swojego pierwszego fana, normalnie jeszcze trochę i chyba się wzruszę… nie, a teraz poważnie. Dzięki Vero, miło jest być śledzonym w tak pozytywny sposób.

Dobra, Ci którzy mnie znają i nie mieli ze mną od jakiegoś czasu kontaktu, mogą w to nie uwierzyć, ale uwaga… w niedzielę minie siedem tygodni odkąd rzuciłem palenie. Dacie wiarę? Nie czuję potrzeby palenia, nie kusi mnie ani nic… przez pierwsze trzy dni chciało mi się palić, kolejny tydzień chodziłem poirytowany, a teraz? Oaza ciszy i spokoju… i to wszystko bez pomocy jakichś tam Niquitinnów czy Niqorettów.
Dieta została wprowadzona w życie. Tak więc żegnajcie czipsy i witajcie dwa posiłki dziennie, plus jakieś owoce. Jak już zrzucę kilka(naście) kilo to pomyślę o diecie, która mi unormuje ilość posiłków, aby nie doprowadzić do efektu JoJo.

Wiecie co? Na prześladowanie kogoś w myślach powinien być jakiś paragraf, poważnie mówię. Gdy ktoś błądzi w Twoich ostatnich myślach tuż przed zaśnięciem i zjawia się w nich zanim się jeszcze kompletnie wybudzisz… to wiedz, że coś się dzieje. Czemu zawsze gdy zasypiam i staram się o czymś zapamiętać to po obudzeniu za cholerę nie potrafię sobie tego przypomnieć, a dziś byłem tak koszmarnie prześladowany w myślach? Cieszę się, że nie pamiętam co mi się śniło, bo mogłoby się okazać, że ta osoba była w mojej głowie całą noc. To zdecydowanie nie byłby dobry omen.

Powoli acz nieubłaganie zbliża się ponownie zima, lub jak wolę ją teraz nazywać – sezon łyżwiarski. Tak tak, znajomi mi nie odpuszczą i gdy tylko znów lodowisko obok mnie zostanie otwarte to mnie tam wyciągną… także pojawią się nowe zdjęcia, a do tego czasu pozostaje mi się zastanawiać, czy jeszcze coś pamiętam z tego jeżdżenia, czy też znów czeka mnie padanie na lodzie…

Od jakiegoś czasu robiłem zakupy w Replikatorze i dzięki ich programowi partnerskiemu uzbierało mi się dość sporo Poltergeist’owych punktów. Dziś zamówiłem sobie u nich książkę SF „Lalka” i teoretycznie powinienem otrzymać ją w przeciągu dwóch tygodni. Nigdy jakoś szczególnie nie pałałem miłością do gatunku SF, ale opis książki mnie zainteresował i mam nadzieję, że się nią nie rozczaruję.

Dziś na osiedlu pojawił się przyjaciel marnotrawny czyli Krix. Na pytanie „Czemu nie dawałeś znaku życia przez ostatnie cztery tygodnie?” odpowiedział „No widzisz, zainstalowałem „The Elder Scrolls V: Skyrim” i nagle przekonałem się, że potrafię całkiem normalnie funkcjonować nawet po trzech dobach bez snu…” Cóż, nie mogę krytykować tej postawy, sam wiem jak bardzo potrafi mnie wciągnąć dobry cRPG. Zastanawia mnie tylko czy aby się nie starzeję… w ostatnich paru latach częściej zarywałem noce z powodu ciekawej książki niż gry komputerowej. Tylko czekać dnia gdy zacznę wymachiwać pięścią i krzyczeć „Więcej szacunku przeklęte dzieciaki!”.

Zastanawiam się nad powrotem do pisania moich opowiadań. Już od ponad roku żadnego nie napisałem i trochę mi tego brakuje. Poszukuję weny, ciekawego tematu, inspiracji, muzy… hmmm… może jednak muza nie jest mile widziana, bo znowu skończy się pisaniem wierszy, które brzmią jakbym urżnął sobie jajca, wypłukał testosteron z organizmu i przemienił się w nastolatkę, którą trawi głęboka depresja. Tak więc muzom mówimy stanowcze raczej nie, ale inspiracja, wena oraz dobry pomysł dalej są mile widziane…

Mówiłem, że się jeszcze zobaczymy robaczki?
No, to do zobaczenia na dniach.

Czas na zmiany

Posted: 14/12/2011 in Dziennik, Przemyślenia

Dawno mnie tu nie było, prawda? Przepraszam, nie miałem po prostu weny na pisanie, albo ciągle robiłem coś innego. Mam nadzieję, że uda mi się powrócić do regularnego pisania bloga, zależy mi na tym.

Wiecie co zauważyłem? Melancholia jest najlepszą weną z możliwych, pal licho szczęście, miłość i tym podobne radosne rzeczy, gdyby nie smutek, to nie powstałaby połowa polskich piosenek czy wierszy. Staram się zdusić swoją wewnętrzną nastolatkę aby znów nie skończyło się na pisaniu ociekającej rozpaczą, wyzutej z testosteronu prozy.

Co się zmieniło w moim życiu? Zarówno wiele jak i prawie nic, z tendencją do powracania do przeszłości. Dalej nie mam pracy, bo nie interesuje mnie wracanie do siedzenia cały dzień na słuchawkach i użerania się z klientami… W okolicach kwietnia zacząłem znowu pomagać sąsiadce, wyprowadzanie psów, chodzenie po zakupy. Robiłem to gdy byłem w gimnazjum więc można powiedzieć, że czuję się dzięki temu nieco młodziej. Niedawno odnowiłem kontakt ze znajomą, z którą nie widzieliśmy się od około 2,5 roku, ale na razie świetnie się dogadujemy co mnie cieszy.

Bez emocji nie byłoby zarówno smutku jak i szczęścia, które odgania te smutki, ale co jeżeli w czyimś życiu brakuje radości, szczęścia i miłości? Co jeżeli od kilku lat jedyne co jest, to udawanie, że wszystko jest w porządku, podczas gdy tak naprawdę człowiek ma już dość i spoglądając w lustro widzi wrak samego siebie. Kiedyś były sny, marzenia, pragnienia i nadzieja… co zostało? Samotność w tłumie ludzi i pustka, której nie wypełnią nawet najwierniejsi przyjaciele. Mam dość rozczarowań i starań, które zawsze kończą się tak samo. Mam dość stagnacji i wiecznej depresji oraz braku wiary we własne możliwości… to wszystko ściąga mnie w dół i sprawia, że wraca mroczne widmo dawnych lat, czyli myśli samobójcze, przez które zmarnowałem naprawdę długi okres swojego życia.
Pora na zmiany. Do tej pory za bardzo kierowałem się w życiu emocjami i to musi się zmienić. Kiedyś potrafiłem wyłączyć empatię i przestać czuć, czas do tego wrócić. Czas też zadbać o samego siebie, pora przejść na dietę i zacząć ćwiczyć, to akurat może wyjść mi tylko na dobre. Zawsze najważniejsze było dla mnie szczęście bliskich mi osób i to aby im było dobrze. Kończę z samo poświęceniem, bo to ono doprowadziło mnie do tego miejsca, w którym jestem teraz. Dwadzieścia trzy lata, kilka nieudanych związków, garść dobrych wspomnień, wiele nieprzespanych nocy, grad ponurych myśli i ocean łez, który kiedyś wylałem. Nie umiem już płakać, nawet gdy czuję głęboki smutek… wyczerpałem swój limit łez już parę lat temu.

Niektórzy z was wierzą w tarota, inni nie. Ja wierzę ogólnie w sprawy nadnaturalne więc w aspekt wróżbiarstwa również. Moja przyjaciółka Marlena, postawiła mi parę miesięcy temu tarota i powiedziała, że rzadko kiedy karty krzyczą, że ktoś potrzebuje miłości tak bardzo jak ja. Zabawne… wierzę w miłość i szczęście, po prostu nie wierzę już, że to może stać się częścią mojego życia. Próbowałem parę razy, walczyłem o to kilka kolejnych, nie udało się. Zawsze gdy stawałem na równe nogi życie dawało mi kopniaka w dupę abym się przewrócił i osobiście mam już tego dość. Daję sobie spokój z szukaniem miłości, a każdy kolejny afekt, który poruszy moje serce, przeczekam, chociażby pijąc na umór. Nie można przewrócić kogoś kto już leży więc gratuluję życie, wszechświecie czy inna wszechobecna siło, wygrałeś – ten człowiek nie ma ochoty więcej wstawać więc weź swoją nadzieję i pokusy gdzie indziej.

Wiecie za czym tęsknię? Za dzieciństwem i niewinnością, za brakiem zmartwień. To były czasy gdy nie trzeba było walczyć i starać się o miłość. Trudno, te czasy odeszły i już nie wrócą, pora spojrzeć na świat rzeczywiście, wyrzucić nadzieje i fantazje do kosza. Wszechświecie, oto nowy ja – kierujący się logiką i któremu już nie zależy. Spróbuj mi teraz dokopać.

Dziękuję za uwagę.
Do zobaczenia w (oby) bliskiej przyszłości.